1. Zastanawiam się, dlaczego nie lubimy ciszy. Być może wynika to z faktu, że kultura masowa, przez którą jesteśmy kształtowani i ukształtowani, ciszy nie toleruje. Co więcej, cisza, jeżeli już w dziełach mass-kultowych się pojawia, jest ciszą złowrogą. Weźmy choćby horrory, które bez dźwięku byłyby nic nie wartą kupą migawek w kolorze keczupu. Cisza zwiastuje w nich nadejście Zła, atak Potwora, wtargnięcie Niesamowitego w czyjeś spokojne życie. I jest to cisza nienaturalna. Bo w zwykłej, prawdziwej ciszy zawsze coś słychać, tyka zegar, skrzypi okiennica (jeśli ktoś ma jeszcze drewnianą), sąsiadka staruszka sapie wracając z zakupów. Czasem można nawet usłyszeć kota wylizującego sobie sierść. A tu nic, co najwyżej ktoś zaszeleści popcornem i nagle… już jesteście w paszczy Obcego a jego podwójna szczeka przerabia was na tatara. I za co tu lubić ciszę?
Jest jeszcze jedno wyjaśnienie. Cisza jest bolesna bo jest autentyczna. Jest jak lustro, które pokazuje, że król jest nagi. Spróbujcie spędzić kwadrans w pustym mieszkaniu, nic nie mówiąc, niczego nie robiąc, o niczym nie myśląc. Już po chwili odczujecie niepokój a po kilku minutach wychluśnie z was rzeka obrazów, myśli, wspomnień i wrażeń, w większości zupełnie błahych. Zobaczycie wtedy, jaki chaos macie w środku.
W bizantyjskich hymnach Chrystus nazywany jest „Królem ciszy”.
2. Niemiecki filozof Josef Pieper znany był przede wszystkim jako komentator Arystotelesa i popularyzator scholastyki i tomizmu. Tomizm opisany w jego książkach da się jakoś ogarnąć bez zbytniego zagłębiania się w hermetyczną terminologię filozoficznego „realizmu”, co dla mnie, wschodniego ortodoksa do nieco innej terminologii i metodologii przyzwyczajonego, jest dość ważne.
Pieper był również przenikliwym obserwatorem procesów zachodzących we współczesnym społeczeństwie masowym. Jego cenione dzieło „Czas wolny jako podstawa kultury” wciąż czeka na polskie wydanie (chyba, że coś mi umknęło i już je wydano). Niemiecki myśliciel poświęcił też interesującą rozprawę zjawisku pochlebstwa a ściślej jego rozpowszechnieniu w mediach i skutkach jakie to rozpowszechnienie niesie.
Pochlebstwo nie koncentruje się przede wszystkim w nachalnej reklamie choć tam najłatwiej je dostrzec: „jesteś tego wart”, „podaruj sobie odrobinę luksusu” itp. slogany, pełno ich dziś wszędzie. Największą skuteczność osiąga pochlebstwo w szeroko pojętym „przemyśle rozrywkowym”. Zdaniem Piepera duża część oferty rozrywkowej de-formuje światopogląd odbiorcy w sposób, który nie tylko wzbudza w nim pragnienie wyjątkowości i narzuca istnienie koniecznych do jej zaspokojenia „potrzeb”, ale również usypia potencjalne wyrzuty sumienia i przyzwyczaja do brania kłamstwa za rzeczywistość. I w pewnym sensie nie jest to nic nowego. O tym, że mundus vult decepi, ergo decipiatur wiedziano już w Rzymie.
Końcowym etapem medialnego formowania i warunkowania pochlebstwem jest akt zakupu i konsumpcja. Bowiem, konkluduje Pieper, za współczesne pochlebstwo trzeba zawsze zapłacić. Najczęściej temu, kto ci schlebiał.
Zainteresowania Piepera koncentrowały się na skutkach jakie kultura pochlebstwa niesie dla języka, którym się posługujemy, na destrukcji języka jako środka komunikacji i zastąpieniu go językiem – środkiem bezkrwawej agresji. Trochę za dużo w tych rozważaniach dwudziestowiecznego personalistycznego mantrowania ale nie sposób odmówić Pieperowi racji, że coraz rzadziej posługujemy się językiem dla samej konwersacji a coraz częściej – wyłącznie utylitarnie.
Myślę, że nie należy zawężać działania pochlebstwa wyłącznie do sfery komercji i rozrywki. Wielkie pole do popisu daje polityka i to nie tylko ta wyborcza, od kiełbasy i wieców.
Polacy lubią, kiedy się im schlebia. I jeśli chce się odnieść sukces, zjednać sobie Polaków, trzeba schlebiać im w sposób dopasowany do wyobrażeń Polaków o sobie, swojej historii, swojej ważności lub nieważności na arenie dziejów. Dostaliśmy niedawno ze strony rosyjskiej sporą garść takich właśnie pochlebstw, poklepano czule naszą zbitą przez historię dupę, która od dawna wznosimy w górę jak sztandar. Co będzie dalej?
Człowiek, na którym pochlebstwo robi wrażenie jest człowiekiem bezbronnym, powiadał Oskar Maria Graf. Polscy politycy (także POlitycy) powinni o tej prostej prawdzie pamiętać. Inaczej utracą własną perspektywę i na sprawy polskie i naszych sąsiadów patrzeć będą w pożyczonych okularach, przez pryzmat cudzej propagandy i cudzych pochlebstw.
3. Pan Władysław Bartoszewski, przez niektórych nie wiedzieć czemu zwany „profesorem”, został Człowiekiem Roku 2010 „Gazety Wyborczej”. Ten wybitny znawca problematyki zoologicznej (zna się m.in. na bydle i wyjcach, ostatnio skierował swoje zainteresowania w stronę hodowli zwierząt futerkowych), z pewnością na taką nagrodę zasłużył. Ciesząc się wraz z czytelnikami „Gazety” dedykuję Laureatowi krótki film muzyczny stanowiący znakomitą ilustrację jego temperamentu politycznego i niepowtarzalnego body language.
4. Przyjęło się w niektórych zakątkach świata mówić o 9 maja jako Dniu Zwycięstwa. A przecież nie jest to w żadnym wypadku dzień zakończenia II wojny. Generał-pułkownik Alfred Jodl przybył do kwatery aliantów w Reims, w celu podpisania wstępnego protokołu kapitulacji, już 6 maja 1945 roku. Traf – choć przecież nie ma w tym świecie przypadków – chciał, że tego dnia wypadała prawosławna Pascha/Wielkanoc a także uroczystość świętego Jerzego, patrona m.in. Moskwy i Anglii. W sumie wspaniała data na oficjalne zakończenie wojny. Z powodów technicznych protokół podpisano dopiero o 2 w nocy 7 maja a dzień później, na wyraźne żądanie Stalina, marszałek Wilhelm Keitel podpisał po raz kolejny akt kapitulacji w obecności marszałka Żukowa w Berlinie. To także stało się w nocy, kiedy w Moskwie było już po północy i stąd właśnie wziął się nieszczęsny 9 maja. Tak czy inaczej paschalna niedziela 6 maja nie mogła być ogłoszona dniem zwycięstwa, bo na podium triumfatora było miejsce tylko dla jednej osoby.
Każdy kto interesował się historią Raju Krat wie, że 9 maja stał się świętem państwowym dopiero w czasach Breżniewa, w roku 1964. Za Stalina i Chruszczowa w tym dniu pracowało się normalnie a „pobiedę” można było co najwyżej opić wieczorem z kumplami weteranami. Stalin zresztą nie przyjął osobiście Parady Zwycięstwa, o czym ciekawie pisze Suworow w swojej „Ostatniej republice”.
5. Skoro jesteśmy przy 9 maja to tego właśnie dnia dziewiętnaście lat temu zmarła Janka Diagilewa, legenda rosyjskiego alternatywnego rocka lat 80. Internetowy Krzyżowiec Andrzej Solak zamierza wkrótce poświęcić jej tekst na swojej stronie, ustępuję mu więc pola i czekam. Jak słusznie zauważył Solak na Forum Frondy:
odwaga tych młodych ludzi w Nowosybirsku czy Omsku miała zupełnie inny wymiar niż u nas. Za nimi nie wstawiał się Kościół, oni nie mogli liczyć na dziennikarzy RWE i BBC – właściwie na nikogo! Wypowiadali słowa buntu z pełną świadomością, że mogą być za to wdeptani w ziemię – i że nie staną się żadnymi męczennikami, jak Przemyk czy Popiełuszko – po prostu znikną, będą zapomniani. Byli jakimiś straceńcami, którzy szli na rzeź z podniesionym czołem, z własnej nieprzymuszonej woli.
Śmierć Diagilewej umiejętnie wykorzystał „pijarowo” Jegor Lietow, w dużej mierze opierając na niej kultowy status Grażdanskiej Oborony, której frontmanował. Ale że i on już nieboszczyk, to nie będę dalej sprawy drążył.
Dziś po piosenki Janki, w niezwykły sposób łączące estetykę punka z diatonicznymi potoczystymi lamentacjami rosyjskiej wsi, sięgają najróżniejsi artyści, np. królowa współczesneg,o rosyjskiego art-folku Pelagia Chanowa. W Polsce usiłuje coś robić z repertuarem Janki oryginalny krakowski „girlsband” Translola. Piszę „coś” bo trudno o dobry przekład Jankowej poezji na język polski ale i tak wielka i słodka chałwa należy się Paniom Translolom za próby zmierzenia się z twórczościa Diagilewej.
Swoją drogą ciekawe, że najbardziej bezkompromisowe zjawiska sowieckiego rocka: Trek (któremu postaram się poświęcić wkrótce wpis), DDT, Janka Diagilewa i Grażdanskaja Oborona, Kalinow Most, Wielikije Oktiabri, Urfin Dżus albo „syberyjski Iggy Pop” czyli Nik Rock ‘n Roll, wywodziły się właśnie z Uralu i Zachodniej Syberii. Różnie to ludziska tłumaczą a niektórzy fascynujący się mistyką wielkich przestrzeni Rosjanie twierdzą wprost, że okolice Nowosybirska to taki geograficzno-mistyczny „punkt napięcia”, miejsce w którym od wieków przecinają się wszystkie najważniejsze szlaki północnej Eurazji i w którym od czasu do czasu ludzie zdolni są odczuć ciśnienie otaczających ich ze wszystkich stron gigantycznych mroźnych równin, co sprzyja zadziwiającym wybuchom artystycznej ekspresji. Trochę mi to współgra z intuicjami Filipa Memchesa o tym, że prócz biblijnego demona południa istnieje też „demon Północy”, władca chłodu, krótkich bladych dni i niekończących się połaci bagnistych iglastych lasów, na Syberii mocno ponurych bo w większości modrzewiowych (modrzewie to jedyne drzewa iglaste zrzucające w zimie igły). Mam nadzieję, że te Filipowe intuicje, o których wspominał mi przy okazji niedawnego spotkania, pojawią się wkrótce w druku.
.
.


Ad 2. Nurmalna rzecz. Motłoch zdjął królowi koronę (razem z głową) i włożył ją na swoje milion głów. A władca nieudolny i zepsuty zawsze gromadzi wokół siebie pochlebców.
Ad 1. Piosenkę dedykuję http://www.youtube.com/watch?v=eIkNwblrdZ8
Przez: los w 18 Maj 2010
o 11:47
[...] This post was mentioned on Twitter by Michał J Nierebiński. Michał J Nierebiński said: Kolejne #refleksje u Studyty http://rdir.pl/biayw [...]
Przez: Tweets that mention Varia, nr 4 « Internetowy zakątek Andrzeja Fiderkiewicza vel Studyty -- Topsy.com w 19 Maj 2010
o 9:04
“Śmierć Diagilewej umiejętnie wykorzystał „pijarowo” Jegor Lietow, w dużej mierze opierając na niej kultowy status Grażdanskiej Oborony, której frontmanował. Ale że i on już nieboszczyk, to nie będę dalej sprawy drążył”.
Wiem, że Letowa obciążano odpowiedzialnością za śmierć Janki (m. in. wiązano jej śmierć z innymi samobójstwami w kręgu Gr.Ob., kojarzono je z negatywnym przekazem zespołu). Ale też zawsze miałem wrażenie, że dla niego jej śmierć była dramatem i że bolało go to piętno. Nigdzie nie dostrzegłem za to wykorzystywania śmierci Janki do promocji zespołu.
Zdaję sobie sprawę jednak z fragmentaryczności swojej wiedzy – dletego pytam: na jakiej podstawie sformułował pan ten wniosek?
Przez: antiwitek w 11 Listopad 2010
o 21:30
@ antiwitek
Takie wrażenie wyniosłem przed kilku laty z lektury wpisów na różnych forach rosyjskich. Ale prawdę mówiąc byłem wtedy mocno zafascynowany Janką i pewnie podświadomie skłaniałem sie ku opinii jej zagorzałych fanów, którzy obwiniali Letowa za jej śmierć i twierdzili, że na tej mrocznej podstawie oparł później popularność swojej grupy. Rzeczywiście, materiał dowodowy jest w tym wypadku dość słaby, dziękuję za zwrócenie uwagi :-)
Przez: theoros w 15 Listopad 2010
o 14:05