Napisane przez: theorros | 19 Luty 2010

Z notatnika synkretyka (4) O naszym synkretycznym dziedzictwie

Unieważnienie wielu świętych jako jeden ze skutków soboru. Dlaczego? Ponieważ nie da się udowodnić ich historycznej egzystencji. Czy ma to coś wspólnego z ich charyzmą? Można raczej sądzić, że tym bardziej przybiera na mocy, im głębiej święci odchodzą w sferę bezczasowego. Kościół kompromituje bardziej kapitulacja przed świecką historią niż przed naukami przyrodniczymi, które można pozostawić ich własnemu losowi. (Ernst Jünger „Przeminęła siedemdziesiątka”, wpis z 22 kwietnia 1968 roku)

i.

Problemy, które staram się poruszać w tym cyklu krótkich wpisów są równie stare co świat a przynajmniej jak Stary Testament. Napięcie między maksymalistycznymi wymogami monoteizmu a nieustanną pokusą wielobóstwa widoczne jest w każdej niemal księdze Starego Testamentu. Ale Pismo opisuje tylko najważniejsze w dziejach narodu wybranego chwile a nie religijną codzienność, która, co pośrednio potwierdzają okresowe wystąpienia proroków, musiała być mocno synkretyczna.

Czy możemy dziś wyznaczyć punkt krytyczny, od którego zaczynał się profetyczny gniew przeciw odstępstwom Izraela? Przypuszczam, że nie jest to możliwe.

Zresztą, obecna sytuacja nie przedstawia się lepiej. Nowy Izrael nie różni się pod względem synkretycznych ciągot od świata Starego Zakonu. Wskazywanie, że dany zwyczaj ma korzenie „pogańskie” jest zajęciem jałowym. W antropologii (i nie tylko antropologii) tak już jest, że credo badacza poprzedza formułowane przez niego wnioski. I tak jak nigdy nie ustalimy „obiektywnego obrazu historii” tak też nie jesteśmy w stanie stwierdzić na ile „pogański” jest dany zwyczaj, obrząd, lokalna tradycja, gdzie kończy się „pobożność ludowa” a zaczyna „przesąd”, gdzie mamy do czynienia z „inkulturacją” a gdzie już z „idolatrią”. Paradnie brzmią oskarżenia rzucane w pewnych „chrześcijańsko poprawnych” środowiskach na Latynosów czy Afrykanów skoro nasze europejskie dziedzictwo chrześcijańskie jest w równym stopniu synkretyczne co haitańska, afrykańska czy latynoska współczesność.

Przykłady można by mnożyć, zacznę od jednej z ważniejszych książek z dziedziny antropologii kulturowej, którą miałem szczęście czytać, „Lamentu rytualnego w tradycji greckiej” autorstwa Margaret Alexiou. Książka zasługiwałaby na oddzielny wpis, teraz jednak skupię się tylko na pewnym jej fragmencie, dotyczącym recepcji antycznych rytuałów pogrzebowych przez nabierające siły chrześcijaństwo. Skomplikowany starożytny system obrzędów, wierzeń, modlitw i lamentacji pogrzebowych (threnos i moirologiai) dość szybko znalazł się w polu uwagi najpierw apologetów wczesnochrześcijańskich a potem luminarzy złotego wieku teologii czyli IV stulecia. Alexiou przytacza wypowiedzi niektórych Ojców w temacie lamentacji. Jak zawsze surowy i gwałtowny w swym potępieniu jest św. Jan Chryzostom , który „z metra” potępia wszystkie właściwie formy obrzędów nadgrobnych (od dawna mam wrażenie, że duża część jego homilii zdradza mocne wpływy stoickie). Znacznie spokojniejszy, refleksyjny jest Nysseńczyk  , porównujący cichą procesję pogrzebową swojej siostry Makryny z hałaśliwymi procesjami pogan i współczujący, że brak im spokoju, jaki niesie wiara chrześcijańska (swoją drogą obserwując pogrzeby w Grecji czy na Bliskim Wschodzie trzeba przyznać, że antyczne tradycje jednak wzięły górę).

Ale upłynęło kilka wieków i oto widzimy jak w schrystianizowanym, tworzącym najsubtelniejszą chrześcijańską teologię Cesarstwie Bizantyjskim, stosunek do archaicznych rytuałów pogrzebowych staje się coraz bardziej przychylny. Widać tu łaskawość zwycięzcy. Znikają państwowe zakazy czuwań i lamentacji nadgrobnych. Co więcej, klasyczne bizantyjskie utwory liturgiczne takie jak „Lament Marii” św. Romana Melodosa albo czytany po dziś dzień w cerkwiach w Wielki Piątek „Kanon o płaczu Bogurodzicy pod krzyżem” są, pod względem formy, doskonałymi przykładami antycznych threnos. Jeszcze ciekawiej rzecz wygląda z ludową poezją pasyjną. Nie tylko jest to, pod względem formy, kontynuacja starożytnej, jak twierdzą niektórzy badacze przedhomeryckiej, poezji ludowej ale na chrześcijański topos nakładają się prastare wątki takie jak obecny w wielu archaicznych kulturach element szantażu bóstwa: w popularnych w całej Grecji pieśniach pasyjnych Theotokos grozi swojemu Synowi popełnieniem samobójstwa (!), jeżeli ten nie skorzysta ze swoich boskich mocy, aby uniknąć śmierci na krzyżu. Pogańskie bóstwa, do których wznoszono w tych pieśniach prośby, zostały zastąpione przez chrześcijańskich orędowników: świętych męczenników i cudotwórców. Zaskakująca i wspaniała jest ta ciągłość, uderzające – podobieństwo najstarszych moirologii i improwizowanych lamentacji zapisanych przez autorkę na greckiej prowincji w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku.

Oczywiście podobne przykłady nietrudno znaleźć na terenie całej Europy. Wydana kilka lat temu “Mitologia chrześcijańska” Philippe’a Waltera dostarcza ogromnego materiału dotyczącego wyłącznie terenów dzisiejszej Francji i krajów Beneluksu. Synkretycznym Eldorado jest Rumunia, gdzie na freskach w cerkiewnych przedsionkach można obejrzeć stwory z ludowego panteonu siły nieczystej: Leśną Babę (Mumă Pădurii), matkę wszystkich diabłów (Tâlpa Iadului), siedmiogłowego smoka (Balaurul), Żmija (jednogłowego, latającego smoka) (Zmeul) a z opowieści chłopów dowiedzieć się po co panu Bogu prorok Eliasz (Bóg jest zbyt dobry i da się go oszukać i dlatego korzysta z pomocy zawsze czujnego Eliasza) i o niełatwych relacjach św. Jana Chrzciciela z matką, która przekleństwem zmieniła go w zająca na dziewięć lat.   

Można zapytać: czy zgoda na synkretyzm była świadomą decyzją Kościoła. Czy ktoś ten proces „synkretyzacji” kontrolował, usiłował powstrzymywać albo odwrotnie, wspierał go? Jak do tego doszło? Sądzę, że dla uzyskania odpowiedzi pomocne może być porównanie sposobu życia proponowanego przez późnoantyczne szkoły filozoficzne (filozoficzno-misteryjne) i młody Kościół chrześcijański. W czasach przedkonstantyńskich życie pogańskiego filozofa czy adepta szkoły filozoficznej i chrześcijanina było dość podobne i miało w dużej mierze charakter elitarny, stawiający ich obu poza społecznym mainstreamem. I działo się tak mimo głębokich zazwyczaj różnic światopoglądowych dzielących chrześcijan i zwolenników antycznej mądrości: i jedni i drudzy stanowili nieliczne, pozostają poza albo ponad społeczeństwem, grupy „poszukiwaczy prawdy”, żądali od przystępujących do swojej grupy gruntownej zmiany życia, samo przystąpienie poprzedzał długi okres próbny itp.

Nic więc dziwnego, że wraz z masowymi konwersjami IV wieku i późniejszych  stuleci nastąpiło obniżenie standardów i wynikające z niego zróżnicowanie wymagań wobec chrześcijan. Z chwilą gdy do arystokracji ducha dołączył „lud” musiały się pojawić taryfy ulgowe (a reakcją na ich pojawienie była migracja maksymalistów na pustkowia i rozkwit duchowości ascetycznej) aby Kościół mógł dalej pełnić swoją misję. Oczywiście te taryfy pozwoliły przetrwać dawnym wyobrażeniom i praktykom religijnym (radykalnemu obcięciu a i to stopniowo, uległy tylko elementy jawnie demoniczne) ale była to cena, która warto było zapłacić. A raczej, której nie można było nie zapłacić.  

Kompromis? Zapewne, ale i tak lepszy od wiejącego śmiertelną nudą współczesnego moralizatorstwa i fałszywego hurraoptymizmu spod znaku „taki ja, taki ty, możesz świętym być”.

ii.

Rok 1571 okazał się szczęśliwy dla Lizbony i całej Portugalii. Wenecki doża przekazał uroczyście portugalskiemu królowi Sebastianowi relikwie świętego Jozafata, królewicza indyjskiego i słynnego pustelnika – ascety. Ten popularny i czczony przez cały świat chrześcijański święty zawitał wreszcie na najdalszy kraniec Europy. Kult św. Jozafata, dziś zupełnie zapoznany, był powszechny w średniowiecznej i renesansowej Europie. Postać młodzieńca z królewskiego rodu, który dla Chrystusa porzucił władzę i bogactwa, przez wiele wieków apelowała do serc i umysłów wiernych.

Ze współczesnego, sceptycznego punktu widzenia, ze świętym Jozafatem jest jednak jeden problem: najprawdopodobniej taki święty nigdy nie istniał zaś jego hagiograficzna postać powstała w wyniku nałożenia się opowieści o życiu pewnego znanego indyjskiego arystokraty na żywoty bliżej nieznanych bliskowschodnich ascetów chrześcijańskich. Sprawa opisana jest w „Zwojach” , poczynając od metamorfozy pehlewijskiego Bûdâsafa (tak w źródłach perskich, skąd opowieść przyszła przez Gruzję do Europy, nazywano Buddę) w greckiego Іωάσαφ (Joasafa) a kończąc na popularności tego świętego w dawnej kulturze polskiej. Oczywiście Jozafat z żywota, uczeń pustelnika Barlaama, nie ma wiele wspólnego z księciem Siddhartą. Być może jedynym punktem stycznym jest wyrzeczenie się świata ale to akurat jest wspólne wszystkim świętym mężom wszystkich religii. Jest to więc Budda, by tak rzec,  „synkretyczny”,  ochrzczony i oczyszczony, „inkulturowany” do świata chrześcijańskiego,  ale jednak w jakimś tam stopniu wciąż Budda (zaznaczam od razu, że nie przekonują mnie poszukiwacze podobieństw między wiarą chrześcijańską a filozofią życia zwaną buddyzmem, gdyż jest ich, według mnie, niezwykle mało).

Przykład Jozafata – Siddharty pokazuje, że geniusz prawdziwego chrześcijaństwa wyrażał się w zdolności wchłaniania maksymalnej ilości „obcego sacrum” bez rozmycia doktryny. Ochrzczone święte źródełka bijące w niegdyś pogańskich gajach,  ikony objawiające się na drzewach, gdzie czczono driady, kaplice i katedry wznoszone na miejscu pogańskich świątyń, święci orędownicy którzy zajęli miejsce pogańskich bóstw – wszystko to przyniosło więcej pożytku ewangelizacyjnego niż najcelniejsze nawet traktaty teologiczne. Kto zarzuca sieci szeroko i pragnie obfitego połowu musi się natrudzić i chwytać różnych sposobów, aby utrzymać się na wodzie. W tak obszernym gmachu jak Kościół znalazł się całkiem spory kącik, w którym drzemią, ukryte za awatarami świętych o nieudokumentowanych biografiach, rożne podejrzane postacie żywcem wyjęte z Gaimanowskiego „Sandmana” (więcej na ten temat zob. np. klasyczną pracę „The survival of the pagan gods” Jeana Sezneca oraz wydaną w Polsce „Mitologię chrześcijańską” Philippe’a Waltera). Ale te „prawdziwe iluzje” przez wiele stuleci wskazywały milionom ludzi na jedyne i prawdziwe Źródło Życia. I to wydaje mi się daleko ważniejsze od sporu czy św. Jozafat to w rzeczywistości Siddhartha Gautama.

.


Odpowiedzi

  1. Winner takes all, nic dziwnego, że zwycięzca przejmuje dorobek pokonanego. Chrystus jako Orfeusz wyprowadzający cienie z Czeluści, Chrystus jako Odyn ukrzyżowany na Drzewie Życia i przemieniony po zejściu z niego… Takie przedstawienia uznawali nasi przodkowie za ortodoksyjne.

    Zasada ta działa do dziś ale w drugą stronę. Kręgi boromejskie, triquetra, dreihasen, niegdyś szacowne symbole trynitarne zawłaszczyli sataniści i okultyści, nawet duchowni potrafią odrzucic z przerażeniem triquetrę, nie zauważając, że ten znak wielokrotnie wyryty jest na sklepieniu ich świątyni. Idzie Noc.

  2. Losie, jak mawiał Apostoł: “Noc się posunęła, a przybliżył się Dzień”.
    Ale pierwej musi przyjść Wielkie Odstępstwo. Więc po za tym to masz rację.

  3. dzięki za tekst, czy autor czyta forum krzyż bo jakoś ostatnio podobny wątek się przewijał.

  4. Nie czyta choć wie, że takie forum istnieje. Ale to miłe, że kogoś jeszcze obchodzą takie sprawy.

  5. A tu ciekawy wpis o pokrewnej w sumie tematyce, pan Morawski jak zwykle rulezz: http://www.liturgia.pl/node/8553

  6. a ja nieśmiało czekam na tekst o mytarstwach :)

  7. To może Kolega nie czekać bo skończyłem z blogowaniem na tematy teologiczne.

  8. A na jakie nie skończyłesś?

  9. Na inne.

  10. ja w kwestii formalnej. Chyba nie wydano w Polsce “Przeminęła siedemdziesiątka” czy może przegapiłem?

  11. Nie wydano. Cytat zaczerpnąłem z “czerwonego” Juengerowskiego “Stańczyka” (nr 3(26) 1995).

    To były lata, Stan ukazywał się kilka razy w roku, ech…

  12. ufff…

  13. Cytowane tu “Zwoje” też się już od kilku lat nie ukazują.

  14. Wydrukuję sobie Twój cykl i zabinduję. Naprawdę świetna lektura. I pomyśleć, że w prezbiterium mojego parafialnego kościoła (Matki Kościołów Sosnowieckich, która stoi naprzeciw sosnowieckiej cerkwi) mamy witraż ze św. Jozafatem. Nigdy się tą postacią nie interesowałem.

  15. Galadhornie, a to na pewno ten Jozafat? Bo jest jeszcze Jozafat Kuncewicz.

  16. [...] Jedna z części większej całości, która, mam nadzieję, ukaże się w wersji papierowej [...]


Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.